Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie zaświtały w najoślepieńczo surrealistycznych widzeniach żadnego z ryjących w słowach dźwiękach kolorkach, a myśmy zaczętą w tamtym kraju (choć wpółświadomie chyba) trochę zaawansowaną tam widzieli już doprowadzoną do zenitu, zamierzaliśmy tam wyjechać, tę sztukę naprawdę godną oddania się jej do nawet w końcu wejścia nas samych dołączenia do tamtych (milionów tam) w tkankę jej (naszego) utworzonego dzieła —
odskoczył — żadna ich poetyczność poezja ta ich nawet super-głębinowo-surmowa by go tak nie poruszyła (jeszcze przyjechałem — a gdy co druga opero- czy szlagierdonna ma podobną z tą przypadkowością jej primadonnowych początków opowiastkę też mu pewnie poetyczna — gdy dorzucił to „poetyczne” zachciało mi się nagle udowodnić im że żadne poetyczne które miałem za dziewuszkowate zdenerwowało mnie przypisywane mi, obiecałem im przywieźć coś z tej walizki, to mi też obiecali (zatrzymali te wiersze) udowodnić że i te — co przecież już i ja powiedziałem — ale jak sami nie mówią co chcą czy co im chodzi po głowie — kto szlachetny i bohater lecz tę myśl dokończę może przy ich genie W — i te wiersze nie moje), teraz powiedzieli że gdy naprawdę moje — nie mogli ich znaleźć w książkach Innych Znanych I Wybitnych — to żebym przyszedł do tej sali — którą (i swoją tam — jednego lub paru — jasną obecność) raz w tygodniu wieczorem dawali takim młodym zaczynającym pisać, spytałem czy ci młodzi wiedzą o całym tym moim, usłyszałem że oczywiście „krąży to tutaj jak curiosum”, nie wiedziałem co znaczy curiosum, krąży w każdym razie — pomyślałem bez rozradowania,