Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w tej sali zastałem chłopaka i dziewczynę, powiedziałem im dlaczego tam przyszedłem, nic o całej historii (liczyłem że tamci mnie bujali z tym krążeniem) a ci jednak wiedzieli o niej, lecz mówili mi głównie o wierszach, tych moich, że dobre, że czytali, uprzejmi, życzliwi, niepokojąco — oczekiwałem od nich wzgardliwej niechęci gdy już nie wrogości i tak zwanego odcięcia się ode mnie i już sam się odciąłem postanawiając przed nimi zamknąć się właśnie w dumie z oszusta i cynika żadnych usprawiedliwiań i niech mnie ich z powodu jej jeszcze wrogość większa utwierdzi w tej dumie, czekałem, a tu nagle ta ich — i innych gdy się schodzili — życzliwość, uprzejmość, odczuwałem to jak czajenie się — i może te rojenia mi się nie były tak głupie — ciszę przed atakiem, byłem na niego przygotowany, lecz nie na odwlekanie, denerwująco coraz bardziej i gdy ode mnie trochę odstąpili uciekłem w ciemniejszy kąt sali,
i wreszcie And — jeszcze go nie ma lecz mówi mi o nim Wiczuszek, od razu gdy wszedł i tamci mu mnie pokazali podszedł do mnie: „cześć, jesteś klawy chłop, napisałeś dobre wiersze, widzę że się tu czujesz trochę nieswojo wobec nich a to by bardziej oni powinni wobec ciebie, to beztalencia, tylko my trzej, będziemy się trzymać razem, — co? nie słyszałeś o nim? nic jego nie czytałeś? i o mnie też nie? — no myślałem że jeżeli piszesz jeżeli się interesujesz”, wymienia mi nazwiska, brzmienia niektórych orientują mnie najwyżej że niepolskie, zdziwiony mówi że pożyczy mi jakieś książki, muszę czytać, i jest nagle inaczej (nie z powodu samej treści jego przemówienia, dochodziła mnie słabo, przypomniała mi się jasno po miesiącach), niknie moje