Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


da, będą mocniejsze od wszystkiego co mogło być mocne ratuj Świdryga he he co mogło być, poklękali wzajem, od wszystkiego co mogło siedemdziesiąt, i na klęczkach tańcowali tuż tuż nad jej skrajem, karnawał, jak mi to, od wszystkiego, daleko, w lesie, jak mi się, karnawał tak do umierania podobny jak odbicie do postaci, na łysej czaszce, ale mnie może tylko zmąca he he ten, wirujące daleko od wszystkiego tam popatrz łączy mi się z początkiem daleko te słońca tam nad lądami a nawet wodami jakich bym, wybuchły we mnie, śmiechem, ten wieczór tak podobny do, nie wierzę to może tylko pewna powiedziałbym równoczesność he he, a czy cię to nie zdumiewa że jeszcze, zdumiewa ale w oparze który szybko, czy byłem durniem, późno, daleko, wszystko, jak odbicie, do mnie, he he, zmąca ten, zwykle w takie wieczory, nie wierzę powiedziałem dławiąc śmiech pomyślałem sprzątnął mi, sprzątnął mi też to, a ty się z tego czemu śmiejesz kiedy się z ciebie to nie śmieje, he he, i pomyślałem zwiał mi, udało mu się, zostaw, zaraz się, zwykle w takie — —


wydało mi się że pomyliłem piętra; zwykle drzwi otwierał mi And a tam w drzwiach teraz stanął nie znany mi mężczyzna
— Ach, przepraszam — powiedziałem — to jest wyżej, pomyliłem się.
— A o kogo panu chodzi?
Wymieniłem nazwisko Anda.
— Więc nie, nie pomylił się pan.
— Tak? A on, on pewnie wyszedł; w takim razie ja...