Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dał mi połowę, pociąg zatrzymał się, wysiadłem, And stojąc w drzwiach krzyknął jeszcze:
„Pamiętaj, przyjedź do mnie. Zagramy sobie w guziki”.


Pomyślałem że pomyliłem piętra, tamte korytarze są dość ciemne a wszedłem tam wprost z przedpołudniowego światła, w dodatku myślałem tylko o guzikach, przecież zatrzymałem się nawet na schodach żeby sprawdzić czy je mam, więc gdy otworzono mi drzwi wydało mi się że pomyliłem piętra; zwykle drzwi otwierał mi And a tam teraz —


gdy już do czegoś doszliśmy,
idąc razem ale jak dwoje kochanków co idą do siebie z dwóch dalekich i przeciwnych stron, i zauważ jak nas wiodło, ile zasadzek i zwycięsko minęliśmy tyle przepaścistych głębi, doszliśmy, te guziki to było miejsce wreszcie zetknięcia się, dwojga serc jak kochanków, i zwiał mi —
zostaw, już późno, widzisz jak ten wieczór szybko, myślałem że jest jeszcze przede mną to lato uściski wśród, późno durniu i naprzeciw już innym, moja będzie rzekł Świdryga ta pierś i ta szyja, ten opar jak pociemniał, nie wiem kiedy mi tak zeszło przeciągnął nagle od drzwi czy okna chłód przeszedł mnie dreszcz, a Midryga pięścią przeczy moja lub niczyja, czy siedziałem tu mówiąc a tymczasem, i naprzeciw innym uściskom i będą mocniejsze i już zdają się podnosić ci włosy na łysej, zaskoczyła ich na słońcu Południca bla-