Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Kobieta, która niesie śmierć.djvu/19

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dła siódemka. Bezwzględnie teraz posiadała większą ilość oczek od niego.
    — I ja pociągnę! — wymówił ochrypłym głosem i otworzył kartę.
    Wydało mu się, że wszystko runęło dokoła. Przed nim leżała druga piątka. Wraz z poprzednią piątką nie stanowiło to żadnego punktu i oznaczało ostateczną przegraną.
    — Przegrałem! — wybełkotał. Chwycił się za głowę nie starając się nawet zachować pozorów obojętno ści.
    — Tak, przegrał pan! — zabrzmiał jej lekko iro niczny śmiech. — I to w dziwny sposób. Gdyby pan nie ciągnął do piątki, byłby pan wygrał. Bo miałam czwórkę i kupiłam do niej siódemkę... Wygrałam za ledwie jednym oczkiem.
    — Psiakrew! — mało nie zaklął głośno i zerwaw szy się ze swego miejsca, nie patrząc na nikogo, wybiegł z pokoju.
    — Czego się tak ciska ten młody człowiek! — pobiegł wślad za nim głos przemysłowca. — Przecież przegrał właściwie tylko sto pięćdziesiąt złotych.
    Ale Marlicz już biegł po schodach i wnet znalazł się na ulicy.
    Koniec! Teraz naprawdę koniec! Ma w kieszeni za ledwie kilkadziesiąt groszy. Och, jakie głupstwo popełnił! Tysiąc dwieście złotych! Za te pieniądze można było usiłować ułagodzić szefa, lub też w najgorszym wypadku uciec z Warszawy. Obecnie, nic nie wymyśli,. nic nie poradzi. Wszystko przez tę preklętą barono wą i jej wyzywający, ironiczny śmiech. Czemuż dał się sprowokować i czemuż później nie stanął na piątce! Ach, jak bliskim był całkowitego ocalenia.
    Potarł dłonią zroszone potem czoło. Próżny żal. Te