Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Kobieta, która niesie śmierć.djvu/18

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    namówiłam pana! Teraz moja kolej... Cóż ucieka pan, czy daje wszystko do bicia?
    Nieokreślone, złe przeczucie ścisnęło sercem Marli cza.
    — Nie dawaj, bo przegrasz! — szeptał mu do u cha jakiś tajemniczy głos.
    Tysiąc dwieście złotych to była suma znaczna. Za to można było już dalej grać ostrożnie, lub ewen tualnie nawet uciec z Warszawy. Ale... Jeśli przejdzie jeszcze jedną kartę i zwycięży tę dziwną, spoglą dającą na niego drwiąco kobietę, będzie miał dwa tysiące czterysta złotych. Zdobyłby z nawiązką uprag nione pieniądze. Tylko... Tylko, czemu ogarnia go ta ki lęk... Może lepiej się cofnąć?
    — Cóż daje pan, czy tchórzy? — powtórzyła ironicznie, a w oczach jej, podobnych do oczu drapieżnika zagrały jakieś okrutne błyski — Obawia się pan zmierzyć ze mną? Trusam w karty nie igrat! — dodała po rosyjsku.
    — Daję! — głuchy wykrzyknik mimo woli wyrwał się z piersi Marlicza i w tejże chwili przeklął własne szaleństwo. Ale cofać się było zapóźno.
    Rozdał karty i nerwowo zajrzał w swoje. Miał pią tkę. Jeśli baronowa natychmiast nie otworzy abatażu — ósemki albo dziewiątki — jest jeszcze nadzieja na wygrane. Wpił się w nią wzrokiem. Powoli podnios ła karty, jakby bawiąc się niepokojem Marlicza. zerknę ła w nie i wymówiła:
    — Proszę!
    Oznaczało to, że pragnie kupić jeszcze kartę i że jest zapewne słabszą od bankiera. Gdyby podał jej figurę, nie liczącą się za punkt, mógł być pewien wygranej.
    Szybko rzucił kartę i zbladł. Przed baronowa pa-