Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

jest ze starego rodu i tak dumna, że nie uchyli z pewnością czoła ni przed królem, ni cesarzem. Wyglądało wszystko tak, jakby Katarzyna wistocie miała słuszność. Chłopi starych, odwiecznych rodów, siedzący od stworzenia świata na tem samem gospodarstwie, uważają się za dostojniejszych od wszystkich innych dygnitarzy.
Długo trwało zanim dobrano tych, którzy mieli zaliczać się do pierwszej partji biesiadników. Sąsiedzi, odgrywający dziś role gospodarzy, chodzili wszędzie, szukając najgodniejszych, ale do niego, do cesarza nie przyszedł żaden.
Obok Jana siedziało dwoje dziewcząt, nie spodziewających się zgoła, by je zaliczono do pierwszej partji, i rozmawiało ze sobą spokojnie. Dziwiły się, jak się stać mogło, że Linnart Björnson, syn Björna Hindriksona zdążył jeszcze na czas wrócić do domu, by się pojednać z ojcem.
Coprawda nie dzieliła ich żadna zawiść, tylko sprawa miała się w ten sposób: Przed trzydziestu, mniej więcej laty, gdy Linnart miał dwudziesty rok życia i chciał się żenić, spytał ojca, czy zda na niego gospodarstwo, czy rzecz ureguluje inaczej, tak jednak by syn był samoistnym gospodarzem. Ale stary Björn odmówił jednego i drugiego bez namysłu. Życzeniem jego było, by syn pozostał w domu jak dotąd, a gospodarstwo przejmie na siebie dopiero kiedy ojciec legnie w grobie.
Na to odpowiedział Linnart z całą szczerością:
— Nie! Nie chcę zostać w domu, byś mną orał jak parobkiem, mimo że jesteś ojcem moim! Wolę ruszyć w szeroki świat i założyć własne ognisko domowe. Chcę