Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ale matka była tak zrozpaczona, gdy jej odmawiał, że zawsze musiał ustąpić. Podczas gdy jadł, chodziła po stancyi i opowiadała o wszystkiem, co na targu słyszała. Były to same świeckie sprawy i czasami przychodziło jej na myśl, że syn mógłby coś niepotrzebnego usłyszeć. Wtedy przerywała w środku zdania i zaczynała mówić o sprawach duchowych i poważnych, ale wtedy ksiądz poczynał się śmiać. — Nie, matko Konstancyo — powiadał — mów tylko dalej, jak jesteś przyzwyczajona. Święci znają cię już. Wiedzą, co masz w głowie.
Wtedy i ona się śmiała i mówiła: — Masz słuszność, nie opłaci się wcale Panu Bogu miłemu coś zmyślać.
Ale kiedy papież zachorował, wzięła i pani Konstancya swój udział w tem utrapieniu. Sama pewnie nie troszczyła się o jego zdrowie, ale Kkedy syn przyszedł, nie mogła go namówić do żadnego kęska, ani nawet się nie uśmiechnął, chociaż pełno miała wesołych rzeczy do opowiedzenia. Wtedy przestraszyła się i zapytała, co się stało. — Ojciec święty zachorował — brzmiała odpowiedź.
Z początku trudno jej było uwierzyć, że to był jedyny powód jego zmartwienia. Naturalnie smutne to było, ale przecież wiedziała, że skoro umarł jeden papież, natychmiast obierano drugiego. Przypomniał synowi, że przecież i dobrego