Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Z pewnością byłby to przedwczesne przyrzeczenie cofnął i prosił o łaskę żywota przez te wszystkie lata, jakie mu były przeznaczone.
W owym czasie w jednym z ciemnych baraków nad brzegiem Tybru mieszkała stara kobieta. Należała ona do tych, którzy zwykli byli codziennie dziękować Bogu za życie. Przed południem sprzedawała na rynku jarzyny i to było zajęcie, które w wysokim stopniu odpowiadało jej usposobieniu. Uważała, że niema nic przyjemniejszego, jak targ ranny. Wszystkie języki były w ruchu przy wyliczaniu towaru, a kupujący cisnęli się do kramów, obierali towar i targowali się, a niejeden dobry żart padał podczas tego między nimi a sprzedającemi. Czasami robiła dobry interes, sprzedając wszystko, co miała; ale niekiedy nic prawie nie sprzedała, sprawiało jej to jednak przyjemność stać rankiem na świeżem powietrzu śród kwiatów i jarzyn.
Wieczorem znów miała inną i jeszcze większą przyjemność. Przychodził do niej w odwiedziny jej syn. Był on księdzem, ale w jednym z nieznacznych kościołów w dzielnicy ubogich. Biedni kapłani, którzy tam działali, nie wiele mieli do życia, a matka obawiała się, że jej syn głód cierpi. Ale stąd miała też wielką przyjemność, gdyż dało jej to powód do napychania łakociami, kiedy ją odwiedzać przychodził. Opierał się, miał bowiem skłonności do surowego życia,