Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

rzeniach i nie wiedziałem dobrze, jak daleko zaszedłem. Zdumiałem się jednak nieco, że tak właśnie przedemną była brama, ale nie myślałem dłużej nad tem, lecz przeszedłem przez bramę. Zaledwie przeszedłem przez głęboki łuk, z trzaskiem drzwi za mną się zamknęły. Wtedy odwróciłem się, poza mną nie było żadnego otworu, lecz tylko zamurowana brama, właśnie ta, którą tu w Jerozolimie Złotą nazywają. Przedemną znajdował się plac świątyni, dalej ogromne wzgórze, w którego środku króluje meczet Omara. A wiesz, że żadna inna brama doń nie prowadzi, prócz Złotej bramy, która nietylko jest zamkniętą, lecz i zamurowaną. — Możesz sobie wyobrazić, że myślałem, iż oszalałem, albo że śnię, i że starałem się znaleść jakieś rozwiązanie zagadki. Oglądnąłem się za owym człowiekiem, który mnie wpuścił. Znikł, nie mogłem go znaleść... Za to tem wyraźniej widziałem go w pamięci: wysoka, nieco pochylona postać, długie loki, rozdzielona broda. To był Chrystus, o wróżbito, znowu Chrystus.
— Więc powiedz mi ty, umiejący spoglądać w tajemniczość, co znaczą moje sny i widzenia, co przedewszystkiem znaczy, że zaprawdę rzeczywiście przeszedłem przez Złotą bramę? I teraz jeszcze nie wiem, jak się to stało, ale uczyniłem to. Powiedz mi więc, co znaczą te trzy rzeczy?