Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dym z tysiąca lampek oliwnych w połączeniu z przytłumionym szeptem modlących się i ich jednostajnymi ruchami, odurzył mnie nieco. Nie mogłem nie zamknąć oczu, kiedy tak stałem oparty o kolumnę. Wnet opanował mnie leciuchny sen, drzemka, albo raczej rodzaj otumanienia które trwało zapewne nie dłużej jak minutę, ale w tej krótkiej chwili byłem kompletnie pozbawiony uczucia rzeczywistości. Widziałem przed sobą wciąż jeszcze meczet Zofii i tych wszystkich modlących się ludzi, ale teraz zauważyłem to, czego wpierw nie widziałem, że tam pod kopułą znajduje się rusztowanie, na którem stało kilku robotników, zaopatrzonych w pendzle i farby.
— Powiedz mu więc — ciągnął dalej — jeśli tego nie wie, że meczet Zofii był ongi chrześcijańskim kościołem i że sklepienie i kopuła z owych jeszcze czasów pokryte są świętemi chrześcijańskiemu malowidłami i mozaiką, ale że Turcy te wszystkie obrazy pomalowali żółta farbą. I zdawało mi się we śnie, że ta żółta farba w kilku miejscach odpadła i że robotnicy weszli na rusztowanie, aby poprawić malowanie. Ale patrz, oto kiedy jeden z robotników podniósł pendzel, aby miejsce to zamalować, upadł większy kawał tynku i natychmiast spostrzegłem piękny wizerunek Chrystusa odsłonięty. Robotnik raz jeszcze wyciągnął rękę, aby malować, ale ramię zdawało się być ubezwładnione przed prześli-