Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Podróżny znów uczynił pauzę w opowiadaniu. Pilnie patrzył na Mesullama, podczas gdy dragoman tłómaczył jego słowa. Tłómacz robił rzeczywiście wrażenie, jakby starał się cały dar wymowy zużyć na wywołanie zaciekawienia wróżbity. Zdawało się też, że mu się to uda, bo raz przymknięte oczy jego otwarły się i zabłysły, jak węgiel rozżarzony. Ale uparcie jak dziecko, które się nie da zabawić, wróżbita znów spuścił głowę na piersi i jeszcze niecierpliwiej począł się kiwać.
— Powiedz mu — rzekł znów przybysz — że nigdy nie widziałem ludzi modlących się z takiem nabożeństwem. Zdawało mi się, że to piękno cudowne tego gmachu wywołało uczucie tej ekstazy. Zaprawdę, myślałem sobie, to jest jeszcze ostoja islamu. Tu jest ojczyzna pobożności. Z tego potężnego meczetu rozszerza się wiara i zachwyt, przez które islam jest potężnym.
Tu znów przestał i obserwował uważnie wyraz twarzy Mesullama, podczas gdy dragoman tłómaczył jego słowa. Ten jednak nie okazywał żadnego zainteresowania. Ale widocznie przybysz był człowiekiem, który sam siebie słuchał z przyjemnością. Jego własne słowa odurzały go, byłby zrozpaczony, gdyby nie mógł opowiadać dalej.
— Więc — zaczął znowu — nie mogę dobrze określić, jak mi było. Możliwe, że lekki