Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jednak mi umknęli! Zaczynam wierzyć, że ich nigdy nie dogonię.
Był zniechęcony jak ktoś, co odczuwać zaczyna, że walczy przeciw czemuś nadprzyrodzonemu. Zapytywał sam siebie, czy to podobna, aby bogowie tych ludzi przed nim ochraniali.
— Cały mój trud daremny. Lepiej wrócę zanim z głodu i pragnienia zginę w tej pustyni! — powtarzał sobie raz po raz.
Ale zaraz chwytał go strach na myśl o tym, co go spotka, jeżeli z niczym powróci. Wszakże dwukrotnie już wypuścił z rąk to dziecko. Nie było prawdopodobnym, aby mu Herod i Woltigiusz przebaczyli coś podobnego.
— Skoro Herod, póki jedno z betleemskich dzieci dysze jeszcze, żyć ma zawsze w obawie — mówił do siebie żołdak, — najprawdopodobniej ulży swoim mękom tym, że każe mnie ukrzyżować.
Była to skwarna godzina południa i cierpiał okrutnie tak, że jadąc przez nagą skalistą okolicę, drogą wiodącą przez kręty wąwóz, gdzie ani drgnęło powietrze, koń i jeździec padali ze znużenia.
Od kilku, godzin zatracił żołdak ślad uciekających, i bardziej niż kiedy odczuwał, że go odwaga opuszcza.
— Trzeba tego zaniechać — myślał. — Istotnie, nie wierzę, aby warto było ścigać ich dalej. Wszakże tak czy siak zginąć muszę w tej strasznej pustyni.