Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jeszcze poglądał za obojgiem wędrowców, gdy usłyszał głośne wołanie od strony ulicy. To Woltigiusz z kilkoma ludźmi nadbiegali:
— Zatrzymaj ich! — wołali. — Zamknij bramę Nie daj im umknąć!
A przybywszy do żołdaka, opowiadali, że znaleziono już ślad tego chłopca, który im uszedł. Byli w mieszkaniu jego, ale i stamtąd im uciekł. Widzieli pomykających z nim rodziców. Ojciec silny, siwobrody mężczyzna, matka słuszna kobieta, kryła dziecko w fałdach szat swoich.
W tej samej chwili, kiedy Woltigiusz to opowiadał, wjeżdżał Beduin na dobrym koniu w bramę. Nie mówiąc słowu, rzucił się żołdak ku jeźdźcy. Zerwał go gwałtem z konia i rzucił nim o ziemię. Jednym skokiem już sam siedział na rumaku i pędził drogą w pole.

W kilka dni potem jechał żołdak przez straszną puszczę górską, która się ciągnie przez południową część Judei. Ścigał on jeszcze troje zbiegów betleemskich i był zrozpaczony, że bezowocne te łowy dotychczas nie miały się ku końcowi.
— Zaprawdę, ma to pozór, jak gdyby ci ludzie mieli dar zapadania się pod ziemię — mruknął. — Ileż to razy zbliżyłem się do nich w tych dniach tak, że mogłem rzutem lancy dosięgnąć dziecka, a