Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy tak sobie rozmyślał, zobaczył w ścianie skalnej tuż przy drodze sklepiony otwór jaskini.
Zaraz skierował konia do wnijścia groty.
— Chwilę spocznę w chłodzie jaskini — pomyślał. — Może potem z oświeżoną siłą potrafię podjąć ściganie.
Właśnie, gdy chciał wejść do wnętrza, zastanowiło go coś osobliwego. Po obu stronach wnijścia rosły dwie piękne lilie. Stały wysoko wyprostowane, okryte kwiatami. Wydawały odurzający zapach miodowy, a mnóstwo pszczół roiło się nad nimi.
Był to widok tak rzadki w pustyni, że i żołdak uczynił coś dziwnego. Złamał dużą łodygę i zabrał biały kwiat z sobą do jaskini.
Grota nie była ani głęboka ani ciemna, skoro wszedł pod jej sklepienie, zobaczył zaraz, że spoczywa tam już troje wędrowców. Mężczyna, kobieta i dziecko leżeli na ziemi w śnie głębokim pogrążeni.
Nigdy jeszcze nie doświadczył żołdak, aby mu serce tak biło jak na ten widok. Wszakże to właśnie ci troje, za którymi tak długo się upędzał. Poznał ich natychmiast. A tu zastał ich śpiących, bezbronnych, miał ich w swojej mocy.
Wyrwał miecz z pochwy aż świsnął i pochylił się nad uśpionym chłopięciem.
Zanim żgnął, zatrzymał się chwilę, aby mu zajrzyć w twarz. Teraz, kiedy był pewny swego, sprawiało mu okrutną rozkosz oglądnąć swą ofiarę.