Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rem. Ma on nadzieję, że ja właśnie potrafię ich tu w bramie przychwycić. Obawiam się jednak, że to nierozsądne obliczenie. Jakże łatwo może im się udać ukryć dziecko!
I rozważał czy będą próbowali przewieźć je w koszu, w jakim na osłach przewożą jarzyny, a może w ogromnym dzbanie oliwy, albo w worze zboża, karawaną.
Gdy tak stał, wyczekując, czy nie będą usiłowali wywieść go w pole, ujrzał mężczyznę i kobietę, którzy uliczką szybko zbliżali się do bramy. Szli przyspieszonym krokiem, rzucając trwożliwe spojrzenia poza siebie, jakby uciekali przed niebezpieczeństwem jakim. Mężczyzna trzymał w ręku topór silnie ujęty, jakby z postanowieniem utorowania sobie drogi, choćby przemocą, gdyby mu kto przeszkadzał.
Ale żołdak nie zważał tyle na mężczyznę ile na kobietę. Zauważył, że była tego samego wzrostu co młoda matka, która mu wczoraj umknęła, widział, że wierzchnią szatę miała zarzuconą na głowę. Może ją tak wdziała, aby pod nią ukryć dziecko na ramieniu.
Im bardziej się zbliżali, tym wyraźniej widział żołdak pod szatą, zarysy dziecka które kobieta niosła na ręku. Pewny jestem, że to ona, co mi wczoraj uszła, myślał. Wprawdzie nie mogłem zauważyć jej twarzy, ale postać wysoką poznaję. I teraz idzie sobie i nawet nie stara się ukryć dzie-