Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dopiero, że to, co taki ból straszny spowodowało, było tylko drobnym żądłem zwierzątka. Z błyskawiczną szybkością schylił się po miecz, w nadziei, że nie będzie jeszcze za późno zatrzymać uciekających.
Ale pszczółka bardzo dobrze się znalazła. W chwili, w której żołdaka oślepiła, udało się młodej matce umknąć na schody, i pomimo, że pogonił za nią, nie mógł jej już dopędzić. Znikła i w całym pałacu nikt jej nie mógł odszukać.

Następnego ranka stał żołdak z kilku towarzyszami przy bramie miejskiej na straży. Było jeszcze wcześnie, właśnie tylko co bramę otworzono. Ale zdawało się, że nikt na to otwarcie nie czekał tego ranka, nie szły jak zwykle gromady robotników z miasta. Wszyscy mieszkańcy Betleemu tak byli zdrętwiali przerażeniem, rzezią tej nocy, że nikt nie miał odwagi wychodzić z domu.
— Na miecz mój — rzekł żołnierz, poglądając w dół w uliczkę wiodącą ku bramie — zdaje mi się, że Woltigiusz nierozsądne powziął postanowienie. Lepiej byłoby bramy zostawić zamknięte i przeszukać wszystkie domy, ażby się znalazło chłopca, który potrafił uciec z festynu; Woltigiusz liczy na to, że rodzice będą się starali uprowadzić go stąd, skoro się dowiedzą, że bramy stoją otwo-