Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


drugim końcu stał pogromca zwierząt, pokazujący kilka tygrysów tak obłaskawionych, że mogły jeździć na ich grzbietach.
Jednak w całym tym raju z jego rozkoszami wszystkimi nie było niczego, co by do tego stopnia pociągało zmysł maluczkich, jak ten długi szereg nieruchomych żołdaków, ustawiony pod ścianą galerii. Wzrok ich nęciły hełmy błyszczące, srogie, dumne twarze i miecze krótkie, tkwiące w bogato ozdobnych pochwach.
Podczas wzajemnej z sobą zabawy i uganiania myślały ciągle tylko o żołnierzach. Jakkolwiek trzymały się od nich z daleka, pragnęły mimo to zbliżyć się, aby zobaczyć czy są żywi, czy istotnie mogliby się poruszyć.
Zabawa i ochota festynu rosła z każdą chwilą, a żołnierze stali jeszcze zawsze nieruchomo. Zdawało się dzieciom nie do pojęcia, żeby ludzie mogli stać tak blisko winogron i wszystkich przysmaków i żeby nie wyciągnęli ręki po nie.
Wreszcie jeden z chłopaczków nie mógł już dłużej opanować swej ciekawości. Zbliżył się trwożliwie, gotów do szybkiej ucieczki, ku jednemu z uzbrojonych, a że żołnierz trwał nieruchomy, posuwał się coraz bliżej. Wreszcie znalazł się tuz przy nim i dotknął jego sandała i nagolenników.
Nagle, jak gdyby to było przestępstwo niesłychane zerwali się wszyscy ci żelaźni ludzie z miejsc. Z nieopisaną wściekłością rzucili się na dzieci, chwytając je. Niektórzy, podniósłszy je wy-