Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pić, nie zbywając ujmującej godności, jaka stanowi największą ozdobę betleemskich niewiast.
Wzdłuż ścian galerii, zakryte prawie girlandami kwiatów i owocowymi drzewkami, stały dwa rzędy żołnierzy w pełnej zbroi. Stali nieruchomo, jak gdyby ich nic nie obchodziło, co wokoło się dzieje. Kobiety nie mogły się powstrzymać, aby od czasu do czasu nie spojrzeć ze zdziwieniem na ten zbrojny zastęp.
— Po co oni tutaj? — szeptały do siebie. — Czyż Herod sądzi, że nie umiemy się zachować? Czy sądzi, że potrzeba takiego mnóstwa uzbrojonych żołdaków, aby nas utrzymać w karności?
Inne szeptały wzajem, że tak u króla być powinno. Że zawsze, gdy Herod uczty daje w swoim domu, pełny jest pałac wojowników. Aby gości uczcić stoją legioniści koło nich na straży.
Z początku festynu były małe dzieci zastraszone i nieufne i cicho tuliły się do matek. Ale wkrótce rozruszały się i zaczęły brać wszystkie te śliczności w posiadanie, którymi je Herod częstował.
Była to wprost zaczarowana kraina, jaką król stworzył dla swych małych gości. Przebiegając galerię znajdowały ule, których miód wolno było rabować bez obawy, aby im choćby jedna pszczoła przeszkodziła. Spotykały drzewka, uprzejmie chylące ku nim owocami obciążone gałęzie. W kącie czekali kuglarze, którzy im w mgnieniu oka w cudowny sposób napełniali kieszenie cackami, a w