Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jej nie potrzebują? Wcale nie chcę jego współczucia. Oby nie było na świecie takich jak on i jemu podobnych.
Malec przybliżał się ostrożnie; mocno zaciskając paluszki i wpatrując się w krople wody z całą uwagą, by nie uronić ich po drodze nie widział pogardliwego spojrzenia rycerza. Gęste, błyszczące pukle włosów, opadłe mu na czoło w czasie biegu i osłaniające oczy odrzucił ruchem głowy do tyłu i zaczął wpatrywać się w żołdaka. Nie wystraszyła go nawet nieprzystępna i ostra twarz legionisty, zbliżył się jeszcze bardziej i z niebiańskim uśmiechem zapraszał do picia.
Ale ów nadal wzdragał się przyjąć pomoc od małego, do którego czuł niechęć. Nie pochylił głowy, pozostał, z wzrokiem nieruchomym, wyprostowany i surowy, nie dając poznać, że zrozumiał, czego dziecko chciało od niego.
Chłopczyk nie mógł uwierzyć, że można odmówić takiej przysługi. Z uśmiechem pełnym zaufania, uniośł się na paluszkach nóg i wyprostował ręce, by łatwiej było żołdakowi wypić wodę.
Lecz i ta propozycja wydała się mu obrazą, chwycił włócznię by przebić malca.
W tym momencie żar słońca uderzył w niego z taką siłą że się zachwiał. Przed oczyma zaczęły mu krążyć ogniki, a mózg zdawał się rozsadzać czaszkę. Przerażony, że słońce go zwalczy, jeśli nie znajdzie natychmiast pomocy uniósł malca i wyssał wodę z jego rąk.