Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


latka, że podniósł nań groźnie lancę, kiedy przebiegał mimo.
Nazajutrz zaniechał chłopczyk poszczół i lilii, zajęty czymś, co się żołdakowi wydało jeszcze bardziej niezdałym i niewdzięcznym.
Dzień był strasznie upalny a promienie słońca, padające na hełm i zbroję żołnierza rozpaliły je w ten sposób, iż tkwił niby w odzieży z ognia. Przechodnie widzieli jak bardzo cierpiał. Oczy krwią podbiegłe wychodziły mu z głowy, a skóra na ustach popękała, żołdak jednak zahartowany w piasku afrykańskich pustyń, mniemał, że to drobnostka, i ani mu przez myśl nie przeszło posterunku opuścić. Przeciwnie, lubował się tym, że pokaże przechodniom jak jest silny i wytrwały i że nie potrzebuje chronić się przed słońcem.
Kiedy tak stał i, żywcem się niemal dawał opiekać, chłopczyk, który zwykle bawił się na polu, raptem przybiegł do niego. Wiedział on dobrze, że legionista nie należy do jego przyjaciół i wystrzegał się wchodzić w obręb jego włóczni, teraz jednak podszedł bliziutko do niego, przyjrzał się mu, a potem szybko odbiegł. Wkrótce powrócił, trzymając dłonie złożone w kształt miseczki, a w nich parę kropel wody.
— Cóż to przyszło do głowy temu malcowi, by pobiec i przynieść mi wody? — pomyślał — Musi być naprawdę nierozumny! Czyż legionista, rzymski nie jest w stanie znieść trochę upału? Co zmusza tego malca do niesienia pomocy tym, którzy