Strona:Selma Lagerlöf - Legendy Chrystusowe.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


uszkodzona. Chłopczyk biegał od kwiatu do kwiatu, a wszystkie uratowane lilie jaśniały znowu w pełnym blasku na polu.
Żołdaka porwał dziwny gniew. Patrzcie no, co to za dziecko! myślał sobie. Nikt by nie uwierzył, że można robić coś tak niedorzecznego. Co za mąż wyrośnie kiedyś z tego, który dziś widoku lilii zniszczonej nie może znieść? Co by się z nim działo, gdyby musiał pójść na wojnę? Co by począł, gdyby mu dano rozkaz podpalenia domu, pełnego kobiet i dzieci, albo zatopienia okrętu, który z załogą płynie na falach?
Znowu przyszła mu na myśl stara przepowie dnia i zaczął się obawiać, że czas jej spełnienia nadchodzi. Bo skoro dziecko takie już istnieje, to może i straszny ten okres bliski. Pokój panuje na całym świecie, może już wcale wojny nie będzie. Może już odtąd będą ludzie tacy, jak to dziecko. Będą się wzdrygać przed skrzywdzeniem wzajemnym, a nawet może nie będą mieć serca niszczyć pszczół albo kwiatów. Nie będzie już bohaterskich czynów.
Nie będzie już zwycięstw wspaniałych i żaden potężny zwycięzca nie wstąpi na Kapitol. Nie będzie już niczego na świecie, czego by waleczny mąż mógł pożądać.
I żołdak, który zawsze jeszcze spodziewał się dożyć nowych wojen, aby się walecznością wsławić i zbogacić, był tak gniewny na małego trzy-