Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— „Nic mi nie przyjdzie z jego śmierci“, rzekł Pertinax. „Moja matka jest wdową, a jam jest daleko... nie mam pewności, czy wuj wypłaca jej całkowite dożywocie...“
— „Nie troszcz się o to. Moje ramię jest dostatecznie długie. We właściwym czasie przejrzymy rachunki twojego wuja. A teraz bywajcie mi zdrowi do jutra, naczelnicy załogi muru!“
— To rzekłszy, oddalił się. Przyglądaliśmy mu się, jak kroczył ku swej galerze, z każdym krokiem malejąc nam w oczach. Po obu stronach leżeli, gromadkami po dwudziestu, ukryci Piktowie; on jednak szedł spokojnie, nie oglądając się w prawo, ani w lewo. Wsiadł na okręt i gnany powiewem wieczornej morki pomknął chyżo na południe. Oniemieliśmy, patrząc, jak śmiało wypłynął na pełne morze. Zrozumieliśmy, że ziemia niewielu wydała ludzi, jemu równych. Niebawem Allo przyprowadził koniki i przytrzymywał je nam przy wsiadaniu, czego dotąd nigdy był nie robił.
— „Zaczekajcie chwilę“ rzekł Pertinax, poczem zbudował z darni mały ołtarzyk, zasłał go gałązkami kwitnącego wrzosu, a na wierzchu położył list od pewnej dziewczyny w Galji.
— „Co czynisz, przyjacielu?“ zapytałem.
— „Składam ofiarę zmarłej młodości“, odpowiedział, a gdy płomienie zżarły list, przytłumił je stopą. W chwilę później odjechaliśmy w kierunku Wału, nad którym poruczono nam zwierzchnictwo.
Parnezjusz umilkł. Dzieci siedziały cicho, nie pytając nawet, czy to już koniec opowieści. Puk