Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


swą włócznię myśliwską i wprawdzie nie wymierzył jej w Maximusa... ale kołysał ją w ręce... o tak!
— „Mówiłem o czasach dawniejszych“, rzekł Maximus, ani nie mrugnąwszy okiem. „Teraz mogę jedynie być rad temu, iż widzę młodzieńców, którzy umieją myśleć o sobie... i o swoich przyjaciołach.“ Tu skinął głową w stronę Pertinaksa. „Te listy wypożyczył mi twój ojciec, Parnezjuszu, więc z mej strony nie masz czego się obawiać.“
— „Istotnie nie masz czego się obawiać“, powtórzył Pertinax i otarł o rękaw ostrze włóczni.
— „Musiałem uszczuplić załogi w Brytanji, bo mi było potrzeba wojska w Galji. Teraz przybyłem, by zabrać część wojska, stojącego załogą na Wale.“
— „Życzę ci powodzenia!“, odrzekł Pertinax. „Będziesz miał z nas pociechę nielada! Wiesz, kto jesteśmy? Ostatnie wyrzutki społeczeństwa, szumowiny całego cesarstwa... ludzie bez nadziei i przyszłości. Co do mnie, prędzejbym zaufał skazanym na śmierć zbrodniarzom.“
— „Tak mniemasz?“, rzekł Maximus głosem całkiem poważnym. „Ale to długo nie potrwa... Tylko do czasu, gdy podbiję całą Galję. W takich wypadkach zawsze trzeba coś na szwank wystawić: albo życie, albo duszę albo spokój... albo inną jakąś drobnostkę.“
— Tymczasem Allo obszedł wokoło ognisko,