Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niosąc skwierczący kawał sarniny. Poczęstował najpierw nas obu.
— „Aha! Rozumiem!“, zawołał Maximus. „Widzę, że jesteście we własnym kraju. Prawda, należy się wam to. Opowiadano mi, Parnezjuszu, że masz całą drużynę własną między Piktami.“
— „Chodziłem z nimi na łowy“, odpowiedziałem. „Podobno mam tu garstkę przyjaciół w krainie wrzosowisk.“
— „On jest jedynym waszym rycerzem, który nas rozumie“, wtrącił się Allo i rozpoczął długą przemowę, sławiącą nasze zalety, poczem opowiedział, jakeśmy przed rokiem wyratowali jedno z jego prawnucząt z paszczęki wilka...“
— Czy to była prawda? — zapytała Una.
— Tak, ale wszystko to było ni przypiął ni przyłatał. Ten mały, zielony człowieczek lubił gadać... jak... Cycero. Sławił nas, jakbyśmy byli naprawdę wielkimi ludźmi. Maximus ani na chwilę nie spuszczał z nas oka.
— „Wystarczy!“, rzekł wkońcu. „Wysłuchałem raportu, jaki mi o was dał Allo. Teraz posłucham waszego raportu o Piktach.“
— Zacząłem opowiadać wszystko, com wiedział, a Pertinax nieraz uzupełniał kilkoma słowami mą opowieść. Oświadczyłem, że Pikt nie wyrządzi nikomu nic złego, jeżeli tylko ktoś zada sobie trud zrozumienia jego życzeń i potrzeb. Uraza ich do nas płynęła głównie z tego, żeśmy spalali ich wrzosowiska. Dwa razy do roku cała załoga Wału wyruszała na północ w ich krainę i uroczyście