Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Allo, „ale z tobą, Parnezjuszu, jest kłopot... Twój wódz ma o tobie dobre mniemanie.“
— „Roma Dea!“, zawołał Pertinax, podnosząc się z legowiska. „A skądże ty możesz wiedzieć, co myśli Maximus, stary kobyłowłoku?“
— W tejże chwili tuż za nami wyskoczyło olbrzymie wilczysko (czy wiecie, jak blisko umieją podpełznąć dzikie zwierzęta, gdy ludzie zajęci są posiłkiem?). Nasze psy, dobrze wypoczęte, puściły się za nim w pogoń, my zaś podążyliśmy ich tropem. Wilk biegł i biegł, aż zaciągnął nas w jakąś odległą okolicę, nieznaną nawet ze słyszenia. Biegliśmy nieprzerwanie, prosto jak strzała, aż do zachodu słońca i właśnie w tę stronę, gdzie zachodziło słońce. Nakoniec dotarliśmy do długich mierzei, wijących się pośród krętych strug rzecznych, a u stóp naszych, na szarem wybrzeżu morskiem obaczyliśmy wyciągnięte na ląd okręty. Naliczyliśmy ich czterdzieści siedem; nie były to rzymskie galery, ale czarnoskrzydłe, krukom podobne statki z północnego kraju. Na statkach uwijali się ludzie, a słońce połyskiwało na ich szyszakach... Były to skrzydlate szyszaki ludzi z Północnego kraju, kędy już nie władną Rzymianie. Przyglądaliśmy się im, licząc ich i dziwując się wielce, bo chociaż już dawniej dochodziły nas słuchy o „Skrzydlatych Kołpakach“, jak ich zwali Piktowie, to jednak dotąd nigdy nie udało się nam ich spotkać.
— „Oddalcie się stąd! Oddalcie się stąd!“, zawołał Allo. „Tu już mój wrzos nie będzie wam