Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


obroną. Zginiemy niechybnie!“ Głos mu się trząsł i trzęsły się pod nim nogi, gdy to mówił. Poczęliśmy przeto szybko rejterować... wymykając się przy świetle miesięcznem poprzez wrzosowiska, aż wreszcie nad rankiem nasze zziajane koniki zwaliły się na ziemię, potknąwszy się na jakichś zwaliskach.
— Gdyśmy się ocknęli, skostniali z zimna, Allo właśnie mieszał jakąś strawę, gotującą się na wrzątku. W kraju Piktów nikt nie zapala ogniska gdzieindziej, jak tylko w pobliżu osady. Mali ludkowie mają zwyczaj porozumiewać się na odległość zapomocą dymu, więc gdy ujrzą jakiś niezwykły dym, zlatują się natychmiast rojnie i z hałasem jak pszczoły... a umieją też kąsać jak pszczoły!
— „To, cośmy widzieli wczoraj wieczorem, była to przystań kupiecka“, rzekł Allo. „Nic innego tylko przystań kupiecka!“
— „Nie lubię słuchać bajek, gdy jestem na czczo“, odrzekł Pertinax, wodząc kędyś daleko wzrokiem, a miał oko bystre niby orzeł. „Przypuszczam więc... przypuszczam... że i tam także jest przystań kupiecka?“ To mówiąc, wskazał jakiś dym, wznoszący się kędyś ze szczytu odległego wzgórza sposobem, któryśmy nazywali „hasłem Piktów“: puf! puf-puf! puf-puf! puf! Znaki te czynią Piktowie, to opuszczając mokrą skórę na ogień, to znów ją podnosząc.
— „Nie!“, rzecze Allo, chowając misę do wor-