Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rodowici rzymscy oficerowie patrzyli na nas z pewną pogardą, ale myśmy woleli wrzosowiska, niźli ich zabawy. Wierzaj mi, — tu Parnezjusz zwrócił się do Dana, — że chłopak rychło pozbędzie się wszelkich zmartwień i kłopotów, gdy jedzie oklep na koniu lub ściga zwierzynę. Czy przypominasz sobie, mój Faunie — tu zwrócił się do Puka — ten mały ołtarz, który wzniosłem ku czci Pana Sylwana koło lasu sosnowego za potokiem?
— Jaki ołtarz? Czy ten kamienny z sentencją z Ksenofonta? — zapytał Puk, odmiennym niż dotąd głosem.
— Nie. Nie znam wcale Ksenofonta. Ten ołtarz chyba wzniósł Pertinax, gdy mu się udało przypadkiem strzałą z łuku ustrzelić zająca. Ja swój ołtarz usypałem z okrągłych kamyczków na pamiątkę pierwszego niedźwiedzia, któregom zabił. Cały dzień trudziłem się nad budową.
To rzekłszy, zwrócił twarz śpiesznie ku dzieciom.
— W ten to sposób żyliśmy przez dwa lata koło Wału. Od czasu do czasu miewaliśmy drobne utarczki z Piktami, po większej części jednakże czas nam płynął na polowaniach w krainie piktyjskiej, w towarzystwie starego Allo. On nas zwykle nazywał swemi dziećmi, a myśmy bardzo polubili jego i jego barbarzyńskich rodaków, chociaż nigdy nie zezwoliliśmy na to, by nas pomalowali na sposób piktyjski. Ślady tego malowania pozostają aż do śmierci.