Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zapoznaliśmy się z sobą podczas obrzędu w naszym przybytku... pociemku. Była to ofiara byka — objaśnił Parnezjusz Pukowi.
— Wiem, o co ci chodzi! — odrzekł Puk i zwrócił się do dzieci. — Ale wy jeszczebyście wszystkiego nie rozumieli. Parnezjusz chce przez to powiedzieć, że spotkał się z Pertinaksem w świątyni.
— Tak... spotkaliśmy się najpierw w pieczarze... i obaj zostaliśmy podniesieni do stopnia Gryfów. — To mówiąc, Parnezjusz podniósł na chwilę rękę ku szyi. — On był już dwa lata na Wale, przeto dobrze znał Piktów. Od niego nauczyłem się, jak trzeba nosić wrzos.
— Co to znaczy? — zapytał Dan.
— Znaczy to tyle, co chodzić z obłaskawionym Piktem na wyprawy łowieckie w głąb kraju piktyjskiego. Póki jesteś gościem tego Pikta i nosisz gałązkę wrzosu na widocznem miejscu, póty możesz czuć się tam całkiem bezpiecznie. Jeżelibyś wyprawił się tam samopas, zabitoby cię z pewnością, o ilebyś przedtem sam nie utopił się w bagnach. Prócz Piktów nikt nie zna drogi przez owe ciemne i zdradzieckie trzęsawiska. Stary Allo, jednooki, cherlawy Pikt, od którego kupowaliśmy koniki, był naszym zażyłym przyjacielem. Początkowo wyprawialiśmy się tam jedynie po to, by uciec od owego straszliwego miasta i pogawędzić o naszych rodzinnych sprawach. Potem Allo nauczył nas polować na wilki i na wielkie jelenie o rogach podobnych do żydowskich świeczników.