Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie mam pojęcia. Czy pan Ryszard Dalyngridge o nim opowiadał?
— Opowiadał... — odrzekł Puk. — Ale już za czasów pana Ryszarda był on bardzo stary; liczył sobie kilka ładnych stuleci.
— Za moich czasów był on jeszcze nowy — rzekł Parnezjusz. — Moi żołnierze, wsypawszy sobie mąkę do hełmów, patrzyli na nią z obrzydzeniem, jak na jakie kłębowisko żmij, oczywiście chcąc mnie wytrącić z cierpliwości. Ale ja tylko... przemówiłem do nich... i odrazu zawarliśmy przyjaźń. Przyznać się muszę, że od nich nauczyłem się rzymskiego tempa marszu. Jak wiecie, poprzednio służyłem jedynie w oddziałach posiłkowych, które się w marszu spieszą jak szewcy na jarmark. Zgoła inny jest krok legjonistów: długi, powolny, miarowy, nie zmieniający się od rana do wieczora. „Tempo żołnierskiego chodu — cecha rzymskiego narodu“, powiada przysłowie. Dwadzieścia cztery mile w ciągu ośmiu godzin: ani mniej, ani więcej. Głowa i włócznia do góry, tarcza na plecach, pancerz rozchylony przy szyi na szerokość dłoni — w taki sposób odbywaliśmy wraz z naszemi orłami marsze przez Brytanję.
— A czy mieliście jakie przygody? — zapytał Dan.
— Na południe od Wału trudno o przygodę — odparł Parnezjusz. — Najgorszym kłopotem, jaki mi się zdarzył, było to, że musiałem raz udać się do urzędnika w północnej części kraju, wnosząc zażalenie na jakiegoś wędrownego filozofa, który