Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sobie podrwiwał z naszych orłów. Wykazałem jak na dłoni, że ten nieborak umyślnie nam zagrodził drogę; wówczas urzędnik jął szperać w swej księdze i oświadczył filozofowi, że bez względu na to, jakich bogów wyznaje, powinien okazać należną cześć Cezarowi.
— I cóż wtedy zrobiłeś? — zapytał Dan.
— Ano, cóż? Poszedłem dalej! Pocóż miałem wtrącać się do nieswoich spraw, gdy mym jedynym celem było jak najszybsze dotarcie do wyznaczonego mi stanowiska? I tak maszerowałem przez dwadzieścia dni... Oczywiście, im dalej na północ, tem mniej spotyka się ludzi na drodze. Wkońcu człek wychodzi z lasów i musi piąć się na nagie wzgórza, gdzie wyją wilcy wśród zwalisk dawnych grodów. Niema tu ani pięknych dziewcząt, ani dobrodusznych urzędników, którzy znali twego ojca i zapraszają cię w gościnę do siebie. Nie posłyszysz plotek koło świątyń i etapów, chyba jakie złowrogie wieści o dzikich zwierzętach. Spotkać tam bowiem można myśliwców i dostawców zwierząt cyrkowych, którzy wloką na łańcuchu spętane niedźwiedzie i wilki w kagańcach. Koń twój płoszy się na ich widok, a twoi ludzie mają powód do uciechy. Zamiast dworków i ogrodów raz poraz obaczysz zamknięte zewsząd warownie, opatrzone basztami-strażnicami z szarego kamienia i wielkie, murem kamiennym opasane owczarnie, strzeżone przez zbrojnych Brytańczyków z Północnego Wybrzeża. Na wierzchołkach nagich gór, poza nieosłonionemi domami, uganiają cienie