Strona:Rudyard Kipling - Puk z Pukowej Górki.djvu/182

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    ani słowem, jeno spoglądał na nich, zmarszczywszy brwi nader groźnie. Potem kiwnął na nich palcem, a oni natychmiast zeszli się — a raczej przyczołgali — na miejsce zbiórki.
    — „Stańcie tu na słońcu, chłopcy!“, zawołał Maximus, a oni ustawili się w dwuszeregu na najprzykrzejszym kawałku gościńca. Maximus zwrócił się do mnie: „Jakbyś postąpił, gdybym się tu nie był zjawił?“
    — „Zabiłbym tego człowieka!“, odpowiedziałem.
    — „Zabij go teraz!“, rzekł Maximus. „On nawet palcem nie kiwnie.“
    — „Nie“, odpowiedziałem. „Odebrałeś mi oto władzę nad tymi ludźmi. Byłbym tylko twoim katem, gdybym go zabił w tej chwili.“ A czy wiecie, co to znaczyło? — to pytanie Parnezjusz skierował do Dana.
    — Rozumiem! — odrzekł chłopiec. — Byłoby to przecie postąpienie nieładne.
    — I ja to samo myślałem — rzekł Parnezjusz. — Maximus zmarszczył się na moją odpowiedź i burknął: „O, ty nigdy nie będziesz cesarzem... ba, nawet wodzem armji!“
    — Milczałem na to, ale ojciec miał podobno zadowoloną minę, gdy mówił: „Przyszedłem tutaj, by zobaczyć, jak się prowadzisz.“
    — „No, i zobaczyłeś!“, rzekł Maxinus. „Mnie już twój syn nie będzie potrzebny. Pozostanie do końca życia oficerem legjonu... a mógł zostać prefektem jednej z moich prowincyj. A teraz posil