Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rucznik wrócił po to tylko, aby odejść znów po trzech dniach, kiedy grzmot marsza żałobnego i szczękanie kopyt szwadronów oznajmiło zdumionemu garnizonowi, nie widzącemu żadnej luki przy stole jadalni kasyna pułkowego, iż jeden oficer tego pułku zrezygnował ze swej nowoznalezionej nominacji.
Zaś Dirkowicz, słodki, giętki i zawsze pogodny, odjechał wieczornym pociągiem. Odprowadzał go mały Mildred z jednym z kolegów, albowiem był przecie gościem pułku i nawet gdyby był wręcz pułkownika w twarz uderzył, prawo tego pułku nie pozwalało na zapomnienie o gościnności.
— Żegnajcie, Dirkowicz, szczęśliwej drogi! — rzekł mały Mildred.
— Au revoir! — odpowiedział Rosjanin.
— Czyżby? Myśleliśmy, że pan jedzie do domu!
— Oczywiście, ale ja wrócę. Moi drodzy przyjaciele, czy ta droga jest zamknięta?
To rzekłszy wskazał w stronę, gdzie gwiazda północna płonęła nad Khyberską Przełęczą.
— Dalibóg! Zapomniałem o tem. Istotnie. Miło mi będzie spotkać się z panem każdej chwili, stary kolego! Ma pan wszystko, czego pan potrzebuje? Cygara, lód, poduszki... All ight. — A więc au revoir, Dirkowicz.