Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w chwiejbę koron drzewnych, przez które przemykała się skłębiona gromada małp, eskortujących Mowgliego.
— One nie potrafią zajść daleko! — zawyrokował, śmiejąc się wesoło. — Nie zdarzyło się jeszcze, by wykonały w zupełności to, co zamierzyły! Och, ten Bandar-log, ten Bandar-log! Zawsze się im zachciewa czegoś nowego. Ale tym razem, o ile mnie wzrok nie myli, zachciało się im własnego nieszczęścia... bo Baloo to nie pisklę, a Bagheera, o ile mi wiadomo, umie polować nietylko na kozły!
Tak sobie dumając, ważył się na skrzydłach, podgarnął pod siebie szpony — i wyczekiwał.
Tymczasem Baloo i Bagheera szaleli z gniewu i strapienia. Bagheera jęła wspinać się na drzewa tak wysoko, jak nigdy wpierw, ale cienkie gałązki łamały się pod jej ciężarem, więc ześliznęła się wdół, mając pełno kory za pazurami.
— Czemuż nie ostrzegłeś ludzkiego szczenięcia? — huknęła na nieboraka Baloo, który drałował niezgrabnym kłusem, zapewne w myśli, że dopędzi uciekające małpy. — I cóż mu przyszło z twojego katowania, skoro nie ostrzegłeś go przed tem niebezpieczeństwem?
— Śpieszmy się!... śpieszmy! Może... może zdołamy je dogonić! — zapał Baloo.
— Z takim pośpiechem!... Ph!... Nie dogoniłbyś nawet zdychającej krowy... Nauczycielu Prawa... oprawco szczeniąt! Toż gdyby ci przyszło katulać się tak choć przez milę tam i zpowrotem,