Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chwiejnym lotem ponad puszczą, wypatrując żeru. Zauważywszy, że małpy coś niosą, Chil opuścił się o kilkaset sążni wdół, by zobaczyć, czy w ich tobołkach niema przypadkiem jakich smakołyków. Aż zagwizdał ze zdumienia, gdy ujrzał Mowgliego, bujającego się po drzewach w sposób tak niezwykły i posłyszał wydane przezeń hasło w narzeczu myszołowów:
— Ty i ja jesteśmy jednej krwi-i-i!
W tejże chwili zwarło się nad chłopcem falujące morze zieleni — ale Chil, kołysząc się na skrzydłach, zdążył jeszcze wczas dolecieć do następnego drzewa, by dostrzec wyłaniającą się znów z gałęzi małą bronzową buzię.
— Uważaj na mój ślad! — krzyknął Mowgli. — Zanieś wieść niedźwiedziowi Baloo z Wilczej Gromady seeoneńskiej i Bagheerze, co mieszka przy Skale Narady.
— W czyjem imieniu mam mówić, Bracie? — zapytał Chil, bo choć słyszał to i owo o Mowglim, jeszcze go był dotąd nigdy nie widział na własne oczy.
— W imieniu Mowgliego czyli Żaby. Oni mnie przezywają ludzkiem szczenięciem! Zważaj na mój śla-ad!
Ostatnie słowa zostały wypowiedziane głosem przeraźliwym, gdyż właśnie w tej chwili małpy dały olbrzymiego susa w powietrzu. Chil tylko kiwnął głową i wzbił się wgórę, tak wysoko, iż wydał się niewiększy od ziarenka pyłu, — i zawisł w błękicie, wpatrując się dalekowidzącemi oczyma