Strona:Respha.pdf/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ulice i zaułki były puste, miasto jak wymarłe, domy milczące, niegościnne.
Powietrze śród murów było jeszcze parniejsze. Zaduch ugniatał im piersi. Szli z jakiemiś uciśniętemi sercami. Oślice chrapały podejrzliwie węsząc.
Nie śmieli nigdzie zapukać w obawie nieżyczliwego przyjęcia i usiedli pod murem, który cokolwiek przed nawałnicą mógł ich osłonić. Kroki czyjeś się rozległy. Patrzali niespokojnie, kto się z cieniów wynurzy. Był to stary człowiek, rolnik, który od roboty swojej z pola dalekiego wracał, a trafem pochodził, jak i Lewita, z gór Efraim.
Przy stanął przy podróżnych i po nakryciu głowy lewitę poznając zapytał:
— Dokąd idziesz i skądeś przybył?
— Idziemy z Betlehem Juda, odpowiedział, — aż ku stronie góry Efraimowej, skądem jest, zaczem i do Silo, do domu Pańskiego, powracać mam. Tu nie masz nikogo, kto by mnie w dom przyjął, przeto n a ulicy noc przeczekamy.
Stary mąż obejrzał się dokoła i rzekł z frasunkiem:
— Żadną miarą tu na ulicy pozostać nie możecie. Złe miasto to jest i mężowie w niem niepobożni. Beliala to syny, którym za nic zakon, ni Pan Panujący, za nic ogień co pochłonął Sodomę. Oni tu nową Sodomę nasadzili. Niech ręka Pana