Strona:Respha.pdf/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


usłuchał Lewita rady sługi by w tem tu mieście przenocowali i mniemał, że przed zajściem słońca zdążą do Ramy.
Ale dzień się skończył, gdy byli ledwie w części tej drogi, na wzgórzach przy Gabaa.
Miasto było pod ich nogami, w dolinie. Zeszły już z murów jego odblaski zachodu i cienie nocne szybko na nie spadać poczęły, a wkrótce i po wzgórzach się rozpostarły.
Po dniu upalnym wieczór nie przyniósł ochłody. Było parno. Chmury gromadziły się na zachodzie i przysłoniły łunę nieba, czasem tylko w rozdarciu ich wyzierały krwawe pasy i szedł od nich płowy, posępny blask. Wszystko dokoła sposępniało.
Stanęli niepewni co czynić.
Drogę ich śród skalnych rozpadlin noc wysłała grozą, lecz i to miasto nieznajome, obce budziło w nich nieufność.
Orfa patrzała na nie z trwogą. Tam, w dolinie ciemność już zgęstniała i z niej szczyty białych domów wynurzały się jakoś widmowo.
— Boję się. Nie chodźmy tam — szepnęła.
Ale nad głowami ich wzdęte, ciężkie chmury coraz niżej zwisały, gdy zaś błyskawica otworzyła ich głąb huczącą, Lewita przynaglił oślice, niespokojnie strzygące uszami, do chodu. Nim zeszli z wzgórzy i do bram miasta doszli ciemność była zupełną.