Strona:Respha.pdf/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


broni by dojrzały w as oczy ich, a uszy dosłyszały krok obcych przychodni, bo nie znają wędzidła ich chuci brudne. Przeto chodźcie do mnie.
W świetle błyskawicy bledziutką się stała, bledszą od swych zasłon żona Lewity słuchając tych słów i trwożnie do ramienia starca tego przypadła. Poszedł przodem, ci zaś za nim pod murem, chyłkiem i cicho — i wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy mąż gościnny zamknął za nimi starannie drzwi domostwa swego.
Ale nikt z nich nie widział, że wypełzłe z zaułków cienie jakieś, kryjąc się za węgłami ścian, śledziły ich złemi oczami i wypatrzyły ich schronienie, poczem rozbiegły słę, a za chwilę wróciło ich wiele pod drzwi domostwa starego efraimczyka. Szedł między nimi szept jakiś wstrętny i chichot obrzydłej uciechy. Czyjaś pięść i druga i trzecia uderzać poczęła w drzwi zamknięte, w czyichś rękach drąg się pokazał. Stary mąż wyszedł, strofował ich i błagał.
Odepchnęli go, wpadli, obezwładnili męzczyzn.
Brudna ręka uchwyciła białą szatę Orfy, jakaś dłoń zdławiła krzyk w jej ustach.

∗             ∗

Gdy zorze wzeszły, na kamieniu u proga, w różowości pierwszych promieni słonecznych, leżał