Strona:Respha.pdf/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie czyń tego pani moja, słodka Orfo moja, pani pana mego. Tyś jego radością. Dla kogo ten pąk róż, które widziałam na wezgłowiu posłania twego? A mirra i aloes któremi potrząśnięta twoja izba — dla kogo? Nie czyń tego pani moja. Wróć! Sen spokojny, bezgrzeszny cię upieści.
Dwie wonne ręce splotły się na jej szyji, a pocałunek zamknął starcze wargi.
— Czyś ty nigdy nie była młodą Hagito? Nie łaj mnie. Dotknę ustami twego policzka, prawda — jaki w nich żar? A teraz ty połóż rękę na moim sercu. Jak bije? Połaj je, jeśli twoje nigdy tak nie biło. Czy w twojej ojczyznie nie bywa upalnych wiatrów, które ognisty strumień do krwi wlewają? Taki wiatr mnie owiał i niesie. Nie łaj Hagito! I frunęła lekko, powiewnie. A wróciło ich dwoje — młodych i płochych. Na kamiennym stopniu, nieruchomie zastygła na czatach grzesznej miłości Hagita. Wsparłszy na rękach głowę, w patrzyła się osłabłą, mgłą zasnutą źrenicą w jasną gwiazdę, która przeciw dom u Lewity łagodnem światłem płonęła.

∗             ∗

Już ku wieczorowi następny dzień się pochylał, gdy Lew ita do skłonu góry Efraimskiej podchodził. Był znużony, ale kiedy rozwinęła się przed