Strona:Respha.pdf/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szedłem za dom, na podwórze, ku ogrodowi. Nie było go. Stanąłem i czekałem. On wtedy witał jakieś swoje zakątki, gdzie rozproszył cząsteczki serca na niewidzialnych uwieszone niteczkach. W reszcie wybiegł z ogrodu i stanął koło mnie. Urósł jakoś w tym momencie i stał się jakiś tęgi i hardy. I naraz skoczył na mnie z prawdziwym krzykiem radości i z tym krzykiem, w podskokach szalonych, n a cały dom szczekając pomknął po schodach powitać — mieszkanie...
To ładne, Neptusiu, jak tak zagra w piersi, co? I co ci tak grało szmerem krwi w żyłach, ojczyzna, Neptusiu, tak? Nie żyjesz mój piesku. W zdziczałym ogrodzie Karola, gdzie teraz, na wiosnę zaczyna pachnąć czeremcha, niedaleko niej, w dołku, ziemią utulony, ziemią się już stałeś — ty, co po lipie moich lat dziecinnych, byłeś na całym obszarze życia, tym jedynym jeszcze moim przyjacielem, z którym naprawdę byliśmy na ty i nigdy żadnym nie zakłóli kolcem. Ale ja ci powiem — ty żyjesz, a to co ci grało w tedy gdyś okiem i duszą całował „swoje strony“, gra wciąż i nigdy nie zmilknie. Dopóki ja żyję — ty we mnie, ale ja wieczny; cóż mi śmierć zrobi, rozwieje mnie i rozsieje po tej ziemi, którą już usiałem grudkam i serca i trwam w niej i jej oddechu wiecznie i przelewać się będę do oddechu żywych. My jeszcze, Neptusiu, usiądziem razem na miedzy,