Strona:Respha.pdf/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiejś samotnej zadumie. Lub podchodził, kładł głowę na moim kolanie i patrzał się w oczy długo, pilnie, poważnie, smutnie. O coś pytał, czy o czemś przypominał. Czasem długo owąchiwał walizą i rzeczy, które miały zapach domu — i potem znów szedł do m nie i patrzał w oczy.
W reszcie trzeba było zabrać się do powrotu. Nie potrafię powiedzieć jak ą nadzwyczajną czujność i uwagę rozwinął wtedy pies. Coś grało w nim w oczach i mięśniach wszystkich, których ruch pod skórą stał się jakiś widoczniejszy. Pierw sza powrotna stacja. Poznaje ją, prowadzi do furtki na peron, pierwszy wskakuje do wagonu. Całą drogę odmawia posiłku, pije tylko chciwie. Pali go coś. Karmi się jakimś obrazem, swoją tęsknotą, napiętym do najwyższego stopnia oczekiwaniem jej zrealizowania. — Ostatnia stacja, odrapany, zbłocony żydowski powóz; niema czasu nawet na owąchanie jego, drży i rwie się do tego powozu. — Był ranek; dniało; tuż za stacją zapachniał las sosnowy... Nie potrafią wam tego opowiedzieć. Neptuś już dawno nie żyje. Zdaje mi się, że to moje własne nozdrza rozdymają mi się — jak jego w tedy — ciągnąc ten oddech pachnący „swoich stron“, że to moje oczy to mgłą zachodzą, to sypią snopem blasku łakomie, nienasytnie całując widok „swoich stron“. — Stanął powóz przed domem, Neptuś wyskoczył i znikł. Po-