Strona:Respha.pdf/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niegdyś treść, ta co i w Neptusiu była, nieświadomie cudnym jarząca się blaskiem.
A czy w twojej miłości, Neptusiu, jest troska o kochanych, ból, gdy ich coś boli, potrzeba łez im otarcia? Zbędne to moje pytanie — gdy w nocy, w śnie ciężkim jęczałem nie mogąc się obudzić, któż trącał mnie i łapą na piersi mojej położoną budził! Gdy ta, której ręce mówisz, że ciepłą się puchem pieszczoty, płakała, któż prosił by dała sobie łzę zlizać i kto, w podskokach jak dziecko cieszyć się począł, gdy się uśmiechnęła.
A czy obraz ukochanych jest ci ciągle przytomny, czy widzisz ich gdy odejdą, czy przywołujesz, czy znasz niepokój, oczekiwanie, troskę? Ja się pytam a cóż my z tobą czynimy teraz, w godzinie gdy nas odeszła ona, ta o dłoni pieszczotliwej, ta której obecność obu zarówno jest nam potrzebna, której głosu chcemy, fali jej ruchów chcemy, oczu chcemy by się z naszem i spotykały — więc obaj jednako ją przywołujemy. Mnie książka w ręku drgnęła, tyś łeb podniósł z kolan moich i uszu nastawiłeś. Dla czego? Bo w sieni, na dole, drzwi stuknęły i za skrzypiały schody. Ale to nie jej chód, nie ten lekki, biegnący krok. Czas mija. Masz ty pojęcie czasu, Neptusiu? Masz, gdyż dłuży ci się ta godzina, a niepokój — wskazów ka upływających chwil oczekiwania — w zbiera w tobie, jak i we mnie. Ja usie-