Strona:Respha.pdf/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzieć, ty doleżeć nie możesz. Podniosłem się, ty już u drzwi. Tak, pójdziemy wyjrzeć na drogę. Wyszliśmy i tyś wiedział po co, bo na drodze odrazu ku tej zwracasz się stronie, skąd ona ma nadejść. Już zmierzch zapada; pod kępam i drzew, wzdłuż drogi, zmroczyło się i tam oto majaczy coś, niby do niej podobna sylwetka. Pomknąłeś jak strzała. Wracasz; to nie ona! Wróćmy do izby. Jak tu smutno, praw da, jak osowiało. Czemu ty wąchasz jej chustkę, którą zostawiła na krzesełku? Czemu kładąc się w zdychasz długiem, mojem westchnieniem?
I naraz jak ptak się porywasz, jak szalony w skoku o drzwi uderzasz. Ona!
Jednakie w nas drgnienia, jednaki rytm serca, jednaka ulga że skończył się niepokój a obraz pamięciowy, tęsknotą spowinięty stał się znów ciałem. Mamy jej głos, jej ruch, jej oczy — te dziwne okienka, przez które trzy nasze światy tak lekko i łatwo przeprzesączają się w siebie!
...Umiecież wy się poświęcać? Wy zwierzęta? A chór głosów wszelkich jakby ziemia cała głosem wezbrała i odpowiała — woła: „My tego nie rozumiemy. Jeśli poświęcać się to znaczy przenosić czyjeś istnienie nad swoje, jeśli znaczy bez namysłu dać siebie za coś innego, to żadnej matki śród zwierząt nie pytać co jest poświęcenie bo dla niej to nie kategorja — to ona sama“.