Strona:Respha.pdf/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W ogród ten w sunięta była długa waląca się szopa — skład desek, przy niej zaś niemał po okna zapadnięta w ziemię chałupa stróża. Tu siedział Karol. Ogród ten właściwem był tłem dla niego i jego dzieci. Gęstwina krzaków tuż przy domu dawała cień i ochłodę zmożonemu przez wódkę pijanicy. Wzwisłemi zaroślami ocienionej, chłodnej, gliną wyczerwienionej rozpadlinie nad cuchnącą strugą, zbierającą ścieki z położonych wyżej domostw, odbywały się pierwsze spotkania młodej Stasi z łobuzami i złodziejaszkami. Dzikiem stadem żerując w tem ogrodzie, zwęszyli oni w chudem jej i posiniaczonem ciele łatwy łup — i zagarnęli go. W gęstwinie pod uschłą gruszką schował Wacek swój pierwszy ukradziony zegarek.
Gdy przypominam sobie Karolową — widzę ją zawsze wiążącą jakiś tobołek z chustki czerwonej, w którą zawija chleba bochenek, wędlinę najtańszą — czarny salceson, rożek z herbatą, funt cukru i czystą koszulę kobiecą.
— Dokąd że to Karolowa?
— Muszę to podać Staśce, bo dziś widzenie.
Bowiem Staśka „siedzi“ od tygodnia, czy już od miesiąca i jeszcze ma siedzieć tygodnie czy miesiące. Potem jakiś czas pobędzie „na wolności“ — i znów ją w plączą w awanturę, okaże opór policyi,