Strona:Respha.pdf/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w dzieciach. Ale ją wszyscy lubili. Miły z niej był człowiek. Posługiwała w wielu domach, wszyscy ją znali. Była w wiecznem chowaniu się przed mężem, który, na każdy grosz jej polował i odbierał przemocą — na wódkę. Trochę rzeczy swoich i dzieci, odzież, bieliznę m usiała chować po ludziach, bo wyniósł by wszystko do ostatniego łaszka, jak wyniósł pościel i co tylko sprzedać się dało. W mieszkaniu nie mieli literalnie nic prócz tapczana z słomą, paru nadtłuczonych garnków i chudego kota. Zwaliśmy ją Karolową. Posługiwała i mnie trochę.
Tuż za domem, w którym mieszkałem (było to przed laty kilku w Ł.), był stary, po rozpadlinach wzgórza kępam i gęstych zarośli rozrzucony ogród — obraz zdziczenia i zniszczenia. Coś tu kiedyś kwitło, coś pachniało, rodził się owoc; rzeczy miały swe przeznaczenie i cel w ładzie i porządku. Potem czyjaś ręka zatarła znamię ładu, pękły jakieś wiązadła; wszystko zaczęło żyć byle jak, dusząc się, gniotąc, następując jedno na drugie, godząc brat w brata. Co delikatniejsze wymarło. Pełno tu było uschłych nieboszczyków, o usunięciu których nikt nie myślał, pełno konarów czarnych, w kurczowem zaciśnięciu wychylających się z zielonej i żywej, lecz zdziczałej i zażarcie skłębionej gęstwiny; pełno jam jakichś wypłukanych przez deszcze, śmietnisk, które niewiadomo kto i jakiem prawem tu zaprowadził...