Strona:Respha.pdf/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wewnętrzny. W prawdzie zdawało mi się, że coś rzuciło mnie w te moczary i trzyma tam stupudowe u nóg uczepiwszy gwichty, ale to coś było we mnie, nie zew nątrz. Nie próżny był u dziecka ów strach życia, instynktowa obaw a ukłóć jego prozy, przeczucie, że ta proza — szara, zadymiona powszedniość — miejscami gęstnieć musi w opar zatruty i duszący, a gdzieindziej tężeje w topiel. Ten strach rozpraszała najbardziej mi wtedy dostępna, najwymowniejsza — poezja przyrody, tkliwość mojej dobrej lipy, powiernictwo bzów i róż. — Później przytłumiło go własne moje marzenie. Nawet nauka nie była dla mnie czem innem niż marzeniem. Ale bez chleba powszedniego i marzenia nie wysnuje. Póki był — choć najskąpszy, chowałem się w nie, jak dawniej w spódnicę matczyną, byle nic i nikogo nie widzieć. Przyszła chwila, która z ukrycia mnie wypędziła i w tedy odrazu grzmotnąłem się o samo dno tego, czego tak się bałem, i odrazu uczułem się obezwładniony, w jam ie cuchnącej i oslizłej — stokroć straszniejszej od wszystkiego, co czaiło się w czarnych kątach dzieciństwa, co mogła uroić wylękniona wyobraźnia dziecka. Gdzież tu misonjarstwo! — a Don-Kichot byłby swą wielką dzidą walił w ścianę jamy. Ja zaś tylko charczałem...
Tak — za wiele marzenia i niemoc czynu. Najlepszy dowód, że innych nie było przyczyn, jest ten,