Strona:Respha.pdf/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ulegając jakiemuś złudzeniu — okres ten idealizowałem. Możnaby z mego ówczesnego wystawienia rzeczy myśleć, że miałem się za jakiegoś misjonarza, który dobrowolnie zeszedł do ciemnego państw a zła i nędzy, by sam em u wyczuć i zbadać Cierpienie i ująć ogromu jego, biorąc ile się da na swe barki. W dobrym i pięknym liście p. Świętochowski — prócz słów spółczucia i zachęty do pisania — wypowiedział uwagę, że takie bierne poniekąd krzyżowanie siebie, o jakiem mu pisałem, nie wydaje się koniecznem — gdyż brzemię cierpienia, jak mówi Jan-Paweł, nie staje się lżejszem, choć je rozłożyć na wiele bark[1]. Ale ja go wprowadziłem w błąd. Mieszkaniec domu Miotełki ani misjonarzem nie był, ani nie poszedł tam jako Don-Kichot (przypuszczał to jeden z kolegów moich z „Ogniwa“).

Przeżycia ówczesne nie wypełzły mi tyle w pamięci, by nie módz już sobie ich uprzytomnić, głąb zaś własna pod niemi wydaje mi się daleko bardziej przejrzystą. I widzę, że nic tam nie było dobrowolnego, a więc nic z misjonarza i Don-Kichota. Był przymus tylko zgoła nie zewnętrzny, losowy — lecz

  1. W roku 1906 pożar na letnisku w Karolówce koło Rembertowa, strawił i ten list i wszystkie cenniejsze jakie miałem — pani Orzeszkowej, Posner Garfeinowej, S. Posnera, S. Stempowskiego, Stanisława Krzemińskiego i in. W ogólności zaś korespondencya moja była b. szczupła.