Strona:Respha.pdf/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na każdą nową fizjonomję patrzałem z jakąś dziką, psią nieufnością — do niego przylgnąłem odrazu i tęskniłem do jego odwiedzin. On zaś nie chybiał w tym względzie, gdyż był to lichwiarz, który matce mojej niewielkie kwoty na dwudziesty któryś procent rocznie wypożyczał. Mama mówiła, że inni wymagali jeszcze więcej i że on był względnym wierzycielem. Mało mnie to obchodzi; jeśli krzywdził nas, rzecz to jego sumienia, ale ja go lubiłem. I matka również. Przesiadywał u nas, rozmawiali z sobą długo, matka prowadziła z nim zdaje się dysputy teologiczne i może chciała go nawrócić na katolicyzm, on zaś kiwał na to głową z miłym uśmiechem i opowiadał ładne rzeczy o swym Jehowie. Wyidealizowałem go potem w obrazku „Strącone liście[1] przez pewnego rodzaju wdzięczność nie za to, że pobierał od nas dwadzieścia kilka procent, lecz — że był z tych nielicznych w dzieciństwie mojem ludzi, od których zaraz na wstępie, przy pierwszem widzieniu, nie oddzieliła mnie lodowa, nieprzenikniona zapora.

A byłem dzieckiem — okropnem i bardzo nieszczęśliwem. Wcale nie ze względu na jakiś wyjątkowo nieprzyjazny układ warunków życiowych,

  1. Zamieszczony w zbiorku Chwile i powtórnie w książce zbiorowej Z jednego strumienia.