Strona:Respha.pdf/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bo niedostatek nas w tedy jeszcze nie nękał, matkę miałem dobrą, rodzeństwo dobre i miłe — lecz z powodu właściwości natury mojej. Otóż przedwszystkiem była to niesłychana bojaźliwość i nieśmiałość. Bałem się nie wiedzieć czego. Wszystkiego — od szczeknięcia psa do ciemności pustego pokoju, od odgłosów burzy do najprostszej w dzień pogodny wycieczki lub zaprosin w gościnę, od przedsennych jakichś widzeń do pierwszego otwarcia ócz zrana. Otworzyć oczy na świat — to już był ból i lęk. Zewsząd dybały na mnie strachy. Wtulić się w matczyną spódnicę i nic i nikogo nie widzieć — to był stan najmilszy. Bałem się życia a nadewszystko ludzi. Świat był pełen czarnych kątów, w których czaiła się nieżyczliwość i wyzierały jakieś twarze zimne, lub wykrzywione, lub szydercze. Sama myśl o obcym tchnęła strachem. Zapowiedź czyjejś wizyty już wprawiała mnie w rozdrażnienie i niepokój. Nie było zdarzenia by do gości nie wyciągano mnie przemocą z kąta. Na przemoc zaś reagowałem zaraz nienawiścią i na poczciwców odwiedzających nas w święta patrzałem okiem, które nie przyniosłoby im nic dobrego, gdyby mogło — kąsać. Wyciągnięty z kąta znikałem po chwili tajemniczo w jakiejś kryjówce, której nikt się nie mógł domyśleć i skąd już żadna moc by mnie nie wydobyła. Wtedy nie bałem się nawet ciemnego pokoju; wolałem