Strona:Respha.pdf/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Lecz gdy pewnego razu, mnie — mieszczucha, któremu miasto zardzawiło duszę — czyjaś dobra dłoń zaprowadziła do lasu i wiodła potem ścieżką w żadne, nadzwyczajne uroki nie wyposażonej wioski naszej, pod stropem czystym, cichym a modlącym się, — poczułem Go z tak nieprzepartą siłą, tak zmysłowo, jakby to właśnie Jego dłoń mnie wiodła i Jego głos pytał: „Widzisz — że mnie teraz“? I wtedy to dopiero mogłem ze łzami odpowiedzieć: „Teraz widzę Cię, Panie, jesteś koło mnie i we mnie“.
Uważałbym za słuszne pytanie takie: „Skoro widziałeś Boga, powiedz że jak wygląda“. Jest to pytanie nie tyle myśli, ile ócz wzwyczajonych do widzenia kształtów i barw, — więc nim na nie odpowiem, uprzytomnię sobie wpierw — co i jak widzimy.
Gdy patrzę na drzewo, widzę pewien kształt stały, wiem jednak z pewnością, że jest to raczej płynąca fala cząstek, w nieustannym będących ruchu i wymianie z otaczającem środowiskiem, fala, która jako kształt stały ani na chwilę nie da się pomyśleć. A więc to, co widzę, nie jest zgodne z tem co jest i co da się pomyśleć. Dalej — lubo oczyma nie widzę, lecz mogę sobie wyobrazić widzenie, któreby postrzegało ruch soków, obumieranie jednych cząstek, życie innych, przesączanie się ich zzewnątrz, oddech drzewa — i takie widzenie myśli istotnie jest we mnie, organem zaś jego jest poznanie. Tem, że nie widzę